Dwudziesty
dzień naszego wyjazdu. Sobota. Ósma rano, a my nie śpimy, tylko powoli wynosimy
nasz, nie taki znowu skromny, podróżny dobytek. Nadszedł czas powrotu. Najpierw
do Nowego Jorku, gdzie przecież tak niedawno zaczynała się nasza przygoda.
Później do Polski, którą przecież dopiero co opuściliśmy. No i w końcu do domu,
za którym zdążyliśmy się już stęsknić.